„Z poddaszem po górkę – historia Angeliki i Rafała”

Kategorie:
09
Maj 2018

Szczęście do ludzi bardzo się w życiu przydaje. Zwłaszcza wtedy, gdy przed staje przed nami wizja własnego domu. Wiedzą coś o tym Angelika i Rafał, którym tego szczęścia do „fachowców” trochę zabrakło. Kosztowało ich to długie trzy lata, niemało stresu i trochę pieniędzy. Ale efekt był tego wart. Więc spokojnie – to historia z happy endem

Scenariusz wydawał się bardzo prosty: obszerny budynek, który budował tata Rafała miał stać się ich domem. Wymarzyli sobie mieszkanie na jego 120-metrowym poddaszu. Wystarczyło tylko zmienić urzędowo użytkowanie budynku – pierwotnie miał być tam budynek garażowy z wydzieloną częścią biurową – na dom jednorodzinny.

Potem oczywiście kredyt i już z górki. – A wtedy dopiero zaczęły się schody. Na początek odnaleźliśmy panią architekt, która projektowała dom 10 lat temu. To ona naniosła nasze zmiany w projekcie i dała nam wytyczne jaką procedurą zmienić użytkowanie domu. Niestety w grę weszła interpretacja przepisów przez urzędniczkę w starostwie i ostatecznie prawie rok walczyliśmy, by zakwalifikować budynek jako dom jednorodzinny – opowiada Angelika trzymając na rękach maleńkiego Antosia.

Od marca są już „na swoim”, choć gdy ruszali z akcją „poddasze” optymistycznie założyli sobie kwiecień jako miesiąc przeprowadzki. Dwa lata temu oczywiście.

Jak wykończyć dom, a nie siebie

Kiedy urzędowe batalie mieli już za sobą nadszedł czas wykończeniówki. Poddasze tworzy kuchnia z jadalnią otwarta na duży hol z częścią wypoczynkową, kominkiem i antresolą. Ponadto właściciele mają do dyspozycji przestronną łazienkę i dwa pokoje.

Gdy słucha się opowiadania Angeliki, człowiek zaczyna powoli rozumieć, czemu te prace zajęły im aż 3 lata. – Nie ma chyba żadnej rzeczy, która w trakcie remontu poszłaby sprawnie i nie trzeba by jej było poprawiać – mówi Angelika. I za przykład podaje ekipę od tynków. Niełatwo było taką znaleźć, gdyż zapragnęli tradycyjnych „oddychających” tynków cementowo-wapiennych, mieszanych na miejscu i dodatkowo filcowanych. W końcu się udało. Gdy nadszedł termin wejścia na budowę – ekipa przepadła jak kamień w wodę. – Rafał znalazł adres właściciela firmy i pojechał do niego. Pan zarzekał się, że zaczną w następnym tygodniu. Do dzisiaj się nie pokazali – uśmiecha się Angelika. Kolejna ekipa zaczęła wykonywać swoją robotę. I w chwili gdy młodzi właściciele cieszyli się, że w końcu wszystko idzie gładko…tynk w kilku miejscach zaczął mocno pękać. – Okazało się, że w tych miejscach tynk został położony bezpośrednio na płytę k-g, co spowodowało jego „odparzenie się”. Ekipa nie podjęła się naprawy, więc jeszcze do zeszłego roku w każdym rogu holu mieliśmy nieotynkowane fragmenty ścian – wspomina Angelika.

Podobne przykłady można mnożyć: a to pękła szyba w oknie, a to listwy się rozeszły, czy wreszcie kabina prysznicowa, która dopiero za czwartym razem została prawidłowo zmierzona i docięta przez producenta. Samo robienie sufitów trwało 2 miesiące – nietypowych, bo wygiętych w łuk.- Były tu już okna łukowe, a zależało nam też na tym, aby widoczne zostały elementy konstrukcyjne takie jak: belki i stalowy legar, zatem nie widziałam innej opcji, jak zrobić łukowy sufit. I fakt, pewnie gdybyśmy się zdecydowali na prostsze rozwiązania typu zwykły sufit, to znalezienie ekipy z doświadczeniem i same prace poszłyby zdecydowanie szybciej.

Z perspektywy czasu nie potrafię ocenić czy mogliśmy przewidzieć te wszystkie rzeczy, których nie udało się dopilnować. Chyba zabrakło nam trochę szczęścia… Jak zrobiliśmy dwa kroki do przodu, to trzeba było zrobić krok do tyłu. – ocenia Angelika.

 

Pańskie oko konia tuczy

Wszystko jednak przemija, na szczęście remonty też. Meblowanie domu okazało się znacznie przyjemniejsze. Gospodarze zdecydowali się wyłożyć podłogę dwoma rodzajami materiałów: dębową deską trójwarstwową, lakierowaną matowym lakierem

oraz w „brudnej” części domu, beżowymi kaflami marki Peronda Shark ze wstawkami z ceramicznych kafelek (Peronda Archivo).

Nasze serca podbiła jednak robiona przez stolarza kuchnia: w szaro-granatowym, z kapitalnie obudowaną szafkami lodówką. – Meble są dość mocno stylizowane na ikeowskie, jednak z gładką płyciną i z prawdziwego drewna, z jesionu. Od początku wiedziałam też, że zamiast górnych szafek chcę mieć dwie solidne półki na rzeczy codziennego użytku – mówi Angelika.

Pasujący zlew i okap znalazła w IKEA, a kran w Leroy Merlin. Wymarzonych kafelków, które miały być ułożone w jodełkę szukała za to 2 lata. W końcu niedługo przed wprowadzką Rafał zawiózł ją do sklepu i oświadczył „Musisz wybrać”. I wybrała, dokładnie takie jak sobie wymyśliła. (Tubądzin Amalia).

 

Przy okazji wprowadzki okazało się, że Rafał, który z budowlanką ma niewiele wspólnego, jest całkiem zdolnym stolarzem. Sam zrobił piękny wielki stół w kuchni (uzupełniony o krzesła z BRW), szafkę pod telewizor i, uwaga, schody na antresolę (póki co niezagospodarowaną).

W części wypoczynkowej stoi sobie szezląg i kanapa z IKEA, tak żeby można je było rozstawić bliżej kominka. Z IKEA jest także dywan i tymczasowy stolik kawowy, na który Angelika już nie może patrzeć.

Zachwyca także obszerna łazienka, choć układanie tu czerwonej cegły odbiło się gospodarzom czkawką. Kładły ją bowiem trzy osoby. Najpierw „fachowiec”, który kilka rzędów płytek ułożył w fale Dunaju. Potem Rafał, który też szybko stracił cierpliwość. Sprawę uratował pan, który 10 lat temu budował ten dom. Na ścianie są w dodatku dwa kolory cegieł o dwóch różnych grubościach. Nam to wcale jednak nie przeszkadza.

Płytki na podłodze i na ścianie to gres szkliwiony Cerrad Batista w odcieniach Marengo i Steel, dwie szafki łazienkowe zrobił ten sam stolarz, który robił kuchnię, a lampki nad umywalkami właściciele znaleźli na stronie polskielampy.pl

Na wykończenie czeka jeszcze sypialnia z garderobą właścicieli i pokój małego Antosia. Choć ten ostatni zaczyna nabierać pierwszych kształtów i jego część prezentuje się już tak:

Kolor drzwi to RAL 5003

– Im bliżej końca, tym bardziej chcieliśmy mieć po prostu to wszystko z głowy zwłaszcza, że Antoś był już z nami. Zrezygnowaliśmy z urządzenia sypialni, a w jadalni i na holu wstawiliśmy meble, które zrobił Rafał oraz te, które zakupiliśmy już wcześniej. I jak na razie dobrze nam w takiej nie do końca urządzonej przestrzeni. Teraz wiem, że mniej ufałabym ludziom, byłabym bardziej uważna i wymagająca. Z pewnością oszczędziłoby to nam sporo czasu i pieniędzy. Ale z drugiej strony…efekt wszystko nam wynagrodził – mówi Angelika.

Przytakujemy. Jest wart każdego zszarganego nerwa

 

Komentarze: