DIY: ściana ombre za mniej niż 100 złotych

Kategorie:
07
Grudzień 2017

Znamy się już trochę z Wami i, nie bójmy się mocnych słów – bardzo Was lubimy. Dostrzegamy też wasze potrzeby. A że zasypała nas lawina pytań o ścianę ombre DIY z mieszkania Marty Konopki-Mrozek, to postanowiłyśmy was trochę porozpieszczać. Tadaaam! Oto sekretny przepis Marty, jak własnoręcznie zrobić ścianę ombre za mniej niż 100 złotych.

Nie będzie zbędnej gadaniny, bo nie oszukujmy się, kto ma dzisiaj czas na siedzenie w necie i czytanie przydługich postów? Nikt. Święta idą. Karp się sam nie zabije, okna nie umyją (choć my nie tracimy nadziei), choinka sama nie zapuka do naszych drzwi (ale uważajcie na spontaniczne wyprawy po jołkę do lasu, bo wtedy do waszych drzwi może zapukać Straż Leśna).

Gdyby jednak kogoś w całym tym świątecznym amoku naszła ochota na remont, to polecamy ścianę ombre. Na przykład taką jak u Marty (cały post poświęcony jej mieszkaniu możecie zobaczyć tutaj). Pierwszy raz naszła ją wena na odtworzenie takiej ściany u siebie, gdy zobaczyła w necie ścianę pokrytą tapetą, która wyglądała jakby unosił sie dym. Ponoć kapitalny to był efekt. Przeczesywanie Pinteresta i tutoriali na YT, a koniec końców własna inwencja i metoda prób i błędów dały u niej taki efekt:

Do stworzenia podobnej ściany ombre będziecie potrzebować:

– pędzel, szeroki ławkowiec, sztuk jedna,

– wałek, sztuk jedna

– farba w kolorze grafitu (lub w takim, jakim chcecie, ale ciemnym)

– farba jasna (z tej samej palety kolorystycznej co ciemna)

– kuwety do stworzenia różnych odcieni kolorów, u Marty było ich 6.

Tu nadstawcie uszu, Marta mówi ważne rzeczy: – Im większy kontrast będzie na ścianie, tym więcej odcieni koloru powinno być, żeby one ładnie się wzajemnie przenikały. Jak jest za mało odcieni, to będzie za mocne odcięcie i efekt ombre po prostu nie wyjdzie – przestrzega Marta. A wie co mówi, bo gdy pierwszy raz robiła ombre, to wyszło jej tak. To znaczy nie wyszło:

Ścianę przygotowaną do malowania zaczynamy malować od góry do dołu – tak jest po prostu bezpieczniej, nie ma ryzyka, że farba kapnie nam na pomalowaną już u dołu ścianę. Kluczem do sukcesu całej operacji jest wcześniejsze przygotowanie pojemników z odcieniami farby. – Nie może być tak, że malujemy jeden pas koloru i w międzyczasie idzimy rozrabiać kolejny odcień, bo ta pierwsza warstwa farby w tym czasie zaschnie na ścianie i już nie uda się zrobić płynnych przejść między kolorami. Zostanie albo ślad wałka albo pędzla – mówi Marta. Same przejścia między kolorami radzi robić pędzlem, choć akurat jej charakterystyczne, trochę strukturalne ombre, to zasługa akurat wałka.

Dla ułatwienia, można sobie ścianę podzielić orientacyjnie na części, by wiedzieć mniej więcej, który kolor, w którym miejscu będziemy kłaść. – Ja zrobiłam na oko. Wiedziałam tylko, że najciemniejsza farba musi sięgać w miarę wysoko, bo ściana będzie zastawiona meblami. Warto mieć to na uwadze, żeby potem się nie okazało, że cieniowanie nie bardzo widać, bo przysłaniają je meble – mówi Marta.

I malujemy. Rezultaty trzeba na bieżąco kontrolować, żeby wiadomo było, czy cieniowanie wychodzi tak jak chcemy of kors. Stworzenie ściany ombre zajęło Marcie 3 do 4 godzin. A Marta należy do tych niecierpliwych i sądziła, że szybciej z tym pójdzie. Pozgrzytała więc trochę zębami, ale ostateczny rezultat wynagrodził wszystkie bóle.

Portfel Marty też się ma dobrze, bo cała operacja kosztowała ją tylko dwie puszki farby Fluggera kupione w promocji (przy czym jedna to pozostałości po malowaniu pokoju córki), wałek i pędzel. – Powyżej stu złotych nie wydałam – mówi Marta. I bardzo dobrze, bo tym samym więcej gotówki na prezenty świąteczne zostało. Czego i Wam życzymy

 

Komentarze: