Hats off dla Moniki

21 czerwca 2017 przez Julia

Gdy Monika Ciesiełkiewicz przyjechała do Londynu 4 lata temu nie wiedziała nawet jak jest po angielsku „kapelusz”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chciała zarabiać na życie tworząc kapelusze właśnie. Nieznajomość języka nie przeszkodziła jej jednak w pracy dla samego Philipa Treacy’ego, legendarnego kapelusznika.

Naprawdę mocno dziwimy się, że Moniki nie odkryły jeszcze największe media w Polsce, żeby zrobić o niej reportaż. W razie czego pamiętajcie: my byliśmy pierwsi.

Chociaż tak naprawdę pierwsi byli jednak rodzice Moniki. To oni zasugerowali swojej córce, że świat modystek może okazać się jej światem. Zwłaszcza, że nastoletnia wtedy Monika miała zmysł artystyczny i talent manualny – Mama zaprowadziła mnie do profesjonalnej pracowni modystki i te wszystkie błyskotki, materiały i dodatki mnie po prostu zachwyciły – wspomina Monika. Zachwyceni za to niespecjalnie byli jej nauczyciele z podstawówki. Nie mogli zrozumieć, czemu taka zdolna uczennica wybiera szkołę zawodową i zawód, który nieco trąci myszką. – Modystka tak się kiedyś kojarzyła: ze starszą panią, która innym starszym paniom robi babcine kapelusze w dusznej pracowni – śmieje się Monika. Do głowy jej wtedy nie przyszło, że sama będzie robić kapelusze dla koronowanych głów i największych gwiazd ekranu i estrady.

               

I wanna be a millinere

– Po trzech latach pracy dla Philipa miewam jeszcze takie momenty, że nie dowierzam, że naprawdę tu jestem – mówi Monika. Zdjęcie Treacy’ego wisiało nawet przez lata w jej niewielkiej pracowni modystycznej w Krakowie. Perspektywa pracy u niego była dla Moniki wtedy tak samo realna jak lot w kosmos. – Miałam swoje klientki, współpracowałam z teatrem, pomagałam w organizacji pokazów mody prezentując przy okazji swoje kapelusze i jakoś się to wszystko kręciło – wspomina Monika, która prowadziła swoją minipracownię przy ekskluzywnej perfumerii w samym krakowskim Rynku. Życie pisze jednak swoje scenariusze: Monika idąc za głosem serca postanowiła wyjechać do Londynu, gdzie od lat mieszkał Marek. Ich historia dowodzi, że nietuzinkowe osobowości zawsze na siebie trafią – o Marku, wybitnym krawcu pisaliśmy już tutaj. – Było mi trochę żal zostawiać to wszystko w Krakowie, ale stwierdziłam, że jeśli nie Londyn, stolica mody, to co? – mówi Monika.

Teraz pewnie jesteście ciekawi, jak się dostaje pracę u samego Philipa Treacy’ego. Nie, wcale nie potrzeba protekcji samej królowej Elżbiety II. – Wystarczy napisać do niego maila z prośbą o pracę. I już – uśmiecha się Monika. To zadziałało w jej przypadku i została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną.

                                            

Co prawda bardzo słabo mówiła wtedy po angielsku, ale projekty kapeluszy, które miała ze sobą okazały się dobrą kartą przetargową i z miejsca dostała etat. Na początku na próbę. Monika miała przejąć obowiązki po odchodzącej z pracy dziewczynie, która, dla ułatwienia, zostawiła jej swoje notatki. Po japońsku – No tak, za łatwo jednak być nie może – śmieje się Monika. – Na szczęście w mojej pracy trzeba czegoś fizycznie dotknąć, żeby się tego nauczyć. Język nie jest aż tak ważny – mówi. Chociaż do dziś dusi się ze śmiechu na wspomnienie urzędniczki z angielskiego „pośredniaka”, która zrobiła okrągłe ze zdziwienia oczy słysząc, że Monika jest z zawodu „millinere” i w takim charakterze chce pracować. – Nie rozumiałam czemu się temu tak dziwi. Dopiero mój Marek odkrył, że w rubryce „zawód” pani wpisała „millioner” – opowiada rozbawiona Monika. – Do dziś mówię, że od milliner do millioner jest bardzo krótka droga.

Kapelusz dla księżnej, szampan z Lady Gagą

Jej samej jednak na razie bliżej do pracoholiczki niż do milionerki: praca dla mistrza wymaga bowiem pełnej dyspozycyjności. – Trzeba dokonać wyboru: praca czy życie osobiste, bo trudno raczej połączyć to zajęcie z prawdziwie rodzinnym życiem, zwłaszcza gdy ma się dzieci – zdradza Monika. Z tego powodu w pracowni Treacy’ego jest spora rotacja modystek. Na stałe, poza Moniką, są zatrudnione jeszcze cztery pracownice. Te „rotacyjne” czasem odchodzą z pracy już po miesiącu, uznając, że to nienormalne pracować w takim tempie i tyle czasu.

Bo faktycznie, gdy wychodzą nowe kolekcje i gdy zbliża się Ascot, czyli słynne królewskie wyścigi konne, modystki Philipa pracują bez wytchnienia. – Wtedy nie raz i nie dwa zdarza się, że kończymy pracę bladym świtem, by o 10 znów być w pracy – opowiada Monika, która już na początku swojej pracy u Phillipa robiła kapelusz m.in dla żony księcia Karola – Camilli. Piękny pastelowo niebieski kapelusz, w którym księżna Kornwalii wystąpiła na chrzcie małej księzniczki Charolotty, to zresztą też dzieło Moniki.

                                  

Ale do klientek słynnego modysty, oprócz koronowanych głów należą też m.in Beyonce, Madonna, Kate Moss, Joan Collins czy Sarah Jessica Parker. Tworzenie kapeluszy dla takich sław to ta piękniejsza strona pracy Moniki. Tak jak zresztą możliwość wypicia lampki szampana z samą Lady Gagą, za kulisami po koncercie.

Sam Philip Treacy, traktowany jest w swej branży jako artysta, choć on mocno podkreśla, że wcale się nim nie czuje. Monikazaś uważa, że praca z nim jest niesamowicie inspirująca. – Nawet po 25 latach pracy widać u niego pasję. Jest bardzo twórczy, ale też słucha naszych uwag podczas tworzenia kapelusza. Bardzo wiele się tu nauczyłam – mówi Monika. Gdy zobaczyła w książce wydanej na 25-lecie działalności Philipa podziękowania dla siebie dotarło do niej, że stała się pewną częścią jego legendy.

Czapki, tfu, kapelusze z głów!

Proces tworzenia kapelusza zależy od jego projektu. – Taki o prostszej formie można zrobić już w 3 godziny. Zrobienie kapelusza ekskluzywnego, awangardowego, w stylu haute couture to bardziej misterna robota i może zająć kilka dni, a nawet tygodni – opowiada Monika. Treacy słynie zresztą z tego, że jego wyobraźnia nie zna granic i jego projekty bywają szalone. Zawsze to jednak małe dzieła sztuki i istny majtersztyk pod względem wykonania. Prawdziwym wyzwaniem dla modystek są kapelusze dekorowane kryształkami Swarovskiego. – Kilka tysięcy maleńkich kryształów trzeba wtedy ręcznie przykleić do kapelusza i to naprawdę mrówcza praca – mówi Monika. Ale zdarzają się też wybitnie nietypowe zamówienia jak kapelusz dla…psa Lady Gagi.

Ceny kapeluszy zaczynają się od tysiąca funtów w górę. Co ciekawe, te najdroższe kapelusze od Treacy’ego zazwyczaj nie są na sprzedać. – Philip traktuje je jak swoje dzieci i te najbardziej wyszukane kapelusze co najwyżej wypożycza, a potem zostawia je sobie – mówi Monika.

Sama ma w swojej szafie 10 kapeluszy – wszystkie projektu jej szefa. – Tak w myśl zasady, że szewc bez butów chodzi. To zdecydowanie za mało, ale na więcej kapeluszy po prostu nie mam miejsca w mieszkaniu – wyjaśnia.

Nie ma wątpliwości, że w tej branży praca u Philipa Treacy otwiera wiele drzwi. Monika zaczyna powoli tak meblować swoje życie, by poza pracą u słynnego modysty, znaleźć też czas na rozwój swoich ambicji. Tym bardziej, że działając solowo pod szyldem Maria Monika też nabiera wiatru w żagle. Niedawno odwiedziła Polskę, by poprowadzić warsztaty modniarskie dla profesjonalistów, a na początku tego roku wykonała kilka kapeluszy do serialu kręconego w Hongkongu (!). My jesteśmy pewni, że będzie o niej jeszcze głośno. Moniko, hats off!.

Zostaw komentarz jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Lub komentuj na Facebooku


  • RSS