Remont starego budynku- Młyn w Jędrowie

Kategorie:
21
Styczeń 2017

Młyn niekoniecznie musi być hotelem, restauracją czy domem weselnym. Anna i Paweł pokazują, że można zagospodarować go inaczej.

pierwsze spotkanie

– Jestem z Kielc a mój mąż z Tarnowa.  Szukaliśmy swojego miejsca na ziemi, bo ani ja nie chciałam przeprowadzać się do Tarnowa, ani mój mąż nie chciał mieszkać w Kielcach – opowiada Anna Mazur-Orłowska, właścicielka młyna w Jędrowie – Któregoś dnia mąż powiedział „Znajdź domek nad rzeką, to się przeprowadzę”. No, to znalazłam – śmieje się Anna – 800 metrów kwadratowych powierzchni użytkowej, na której można mieszkać i prowadzić działalność.

zrywanie podłógJędrów to okolice Suchedniowa – miasteczka położonego 16 km od Kielc w kierunku Warszawy, dość biednego, bo po przemianach ustrojowych przemysł tutaj upadł. Ale władze planują przywrócenie okolicy turystycznego charakteru, z jakiego słynęła przed wojną. Czyste powietrze, lasy, górska rzeka, sarny, pstrągi, bobry… Świętokrzyskie jest konkurencją dla Zakopanego, zwłaszcza jeśli chodzi o mieszkańców warszawy: ma stoki narciarskie, rzeki, zbiorniki wodne, urozmaicony teren i nie trzeba jechać daleko by odpocząć i skorzystać z uroków natury. W takim właśnie otoczeniu 3 lata temu Anna z Pawłem znaleźli „swój” młyn.

Miłość od pierwszego wejrzenia

– Obydwoje go uwielbiamy – zarzeka się Anna –  Gdy zobaczyliśmy młyn pierwszy raz, był w strasznym stanie. Była w nim hurtownia obić tapicerskich. Wszędzie stały stare, rozwalające się wersalki. Przysłowiowy bród, smród i ubóstwo. Ale mimo tych okoliczności Ania i Paweł poczuli się w nim, jak u siebie.  – Oczywiście, nie daliśmy po sobie poznać, jak bardzo jesteśmy zachwyceni. Oglądaliśmy go w sobotę, a we wtorek wyjeżdżaliśmy na dwutygodniowe wakacje i baliśmy się, że ktoś go nam podkupi. Ale nie podkupił. On miał trafić do nas – mówi z czułością, ale i pewnością w głosie Anna.

pierwsze miesiące (2)

Młyn to ludzie

– Dzięki młynowi poznajemy mnóstwo inspirujących i życzliwych osób – podkreśla jego właścicielka -Zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci przez sąsiadów.  Co prawda mamy ich niewielu, bo jesteśmy na końcu zabudowań, ale ogólnie czujemy się lubiani. Przez te 3 lata wszyscy zdążyli nas poznać. To ogromnie miłe, gdy siedzimy na balkonie, jemy śniadanie a sąsiad na kajaczku podpływa i macha do nas serdecznie pozdrawiając. Czuję, że szanują nas, że to sami robimy, że to miejsce odzyskuje dawny urok – tłumaczy Anna. Zagospodarowana nieruchomość dobrze też działa na mieszkańców jeszcze z jednego powodu. Młyn znajduje się przy drodze na skróty z jednej miejscowości do drugiej. Dalej szlak prowadzi już przez pola. Na pewno przyjemniej idzie się ze stacji PKP wiedząc, że młyn jest zamieszkały, gdy widać, że pali się światło – Z pewnością dodaje to otuchy przechodzącym na skróty – podkreśla Anna Orłowska-Mazur –  Poza tym spotykamy się z samym pozytywnym odzewem. Dzięki młynowi poznali prawnuka prawowitych właścicieli, starszego pana, który odwiedził już Annę i Pawła kilkakrotnie.

Młyn to historia

– To było niesamowite! Poznaliśmy prawnuka właścicieli młyna – tłumaczy Anna – Pan ma 90 lat, mieszka na Śląsku i przyjeżdża, zwykle na Wielkanoc. Jego córka pokazuje mu zdjęcia dokumentujące, co się dzieje w młynie, a ten pan dzwoni do nas regularnie, co 2-3 tygodnie. Pyta, co robimy i opowiada, co działo się tutaj za czasów jego młodości. Spędził w młynie cale dzieciństwo i to dla niego bardzo ważne miejsce. A dla nas to cenna znajomość, bo on nam wiele opowiada, co pomaga nam lepiej zrozumieć i poczuć nasz dom. Poznaliśmy też innych członków jego rodziny, nawet panią, która na co dzień mieszka we Włoszech. Była u nas kilka miesięcy temu. Z jej opowieści wynika, że była to bardzo ciekawa rodzina: jej członkowie walczyli za Polskę, ginęli w powstaniach, jeden z nich, w 1905 roku pilotował samolot, podobno jako pierwszy w Polsce – podkreśla właścicielka młyna.

Prawnuk właścicieli opowiedział też Annie i Pawłowi legendę rodzinną. Stary młynarz miał wiele wnucząt. Duża liczna spadkobierców to zwykle kłopot. Więc wymyślił następujące zadanie: które z wnucząt przejdzie przez kładkę zamontowaną nad kanałem, to dostanie młyn. Przeszła dziewczyna. Jej dziadek dotrzymał słowa i została właścicielką młyna.  – Na wsi mówili nią z szacunkiem „Panienka”. Była pozytywną postacią: działała na rzecz lokalnej społeczności, zakładała szkółki dla dziewcząt, dbała o mieszkańców – wspomina Anna.

Anna i Paweł codziennie stykają się z historią trzymając się wyślizganych i wygładzonych dotykiem wielu rąk przez dziesiątki lat poręczy – Cały czas się zastanawiamy, kto tu pracował i co tu się działo – przyznaje Anna – Patrzymy na deski podłogowe. Mają ponad 5 cm grubości, ale niektóre z nich mają zagłębienia i wyżłobienia. I od razu wyobraźnia zaczyna pracować – od czego te ślady? Czy tędy ciągnięto wory z mąką?

Kiedyś czyszcząc belki znaleźli napis: imię, nazwisko i datę – 1937 r. – Nawet zapytaliśmy na Facebooku, na stronie Młyna, czy ktoś zna taką osobę, ale nie było odzewu – żałuje Anna.

Ale nie tylko młyn, także jego okolica to żywa historia: 4,5 – metrowa skarpa przy młynie nad drogą jest cała zbudowana z kamienia bez śladu zaprawy murarskiej. Mówi się, że ten mur pochodzi jeszcze z czasów Staszica.

Młyn to natura

Młyn to kaczki, które codziennie o 18:00 zamiast przejść przez jaz wpływają na staw, chyłkiem wychodzą po kamieniach przez jezdnię, obchodzą murek i schodzą do rzeki. – I to się dzieje zawsze o tej samej godzinie, nie wiemy dlaczego  – śmieje się Anna.

Do młyna zaliczają się też pliszki górskie, o które właściciele bardzo dbają.  – Mamy siedlisko tego ptaka, gniazduje w murze. Czasem siadamy przez nieuwagę pod gniazdkiem i za chwilkę gości przeganiamy, bo się stare pliszki denerwują i trzeba przenieść stół, by im nie przeszkadzać – opowiada Anna

Mieszkając w młynie można podziwiać łąkę z bocianami i czaplami. Czasem uda się zaobserwować lisa. – Gdy wstaję rano, to biorę psa i kubek kawy i idę siąść nad rzeką by po prostu patrzeć. Czego chcieć więcej? – pyta retorycznie jego właścicielka – Jak się żyje jako mieszczuch, to nie myśli się o pędzie i stresie, który nas męczy. Dopiero tutaj człowiek może odczuć, jak bardzo natura koi i uspokaja.

Pies w młynie staje się psem obronnym. Ale czasem robi sobie przerwę w stróżowaniu i chodzi po sąsiadach i żebrze. Ma swoją ulubioną sąsiadkę, do której przychodzi, wchodzi na kanapę i się wyleguje. I nikt go nie przegania.

zimowa Kamionka

zima

Po co nam młyn?

Ania i Paweł są związani z przemysłem (Paweł od 20 lat działa w przemyśle szklarskim i metalowym, robi formy do szkła) i nieruchomościami (Anna miała już dość pracy w korporacjach), a młyn ma mieć związek z turystyką. Orłowscy chcę go udostępniać zwiedzającym, żeby ci mogli popatrzeć, jak kiedyś wykorzystywano w przemyśle siłę wody. – Turyści mają przyjeżdżać do młyna, by go obejrzeć, wypić kawę, porozmawiać, a my im wszystko pokażemy i opowiemy – planuje Ania – Będą też mogli kupić sobie dzieła sztuki, które wystawimy w naszej minigalerii.

Dlaczego w młynie nie powstanie np. hotel?  – Wiele razy zadawano nam to pytanie. Wiele razy też o tym dyskutowaliśmy. Ale ponieważ nie jesteśmy najmłodsi i też nie chcemy być 24 godziny na dobę przywiązani do miejsca. W młynie ma być przestrzeń. Jeśli podzielilibyśmy 170 m kwadratowych na pokoje, to otrzymalibyśmy klitki. Nie stawiamy na gości. Lubimy, gdy ktoś nas odwiedza i chętnie poświęcamy gościom czas, ale nie chcemy być hotelem – tłumaczy Anna Mazur-Orłowska.

Cztery poziomy szczęścia

Młyn ma 4 poziomy. Na najniższym, tym równo z ziemią, płynie rzeka. Dawno, od 1885 r. było tu piętrzenie wody, które pozwalało wytwarzać prąd. – My to teraz odtwarzamy i będziemy mieć swoją energię elektryczną – cieszy się Anna – Wymarzyliśmy sobie, że te starocie z XIX w, czyli te maszyny będą napędzane pasami transmisyjnymi, że będzie dokładnie tak, jak było to dawno temu. Ponieważ był tu tartak, chcieliśmy na tych starych maszynach coś wytwarzać. Jedną z atrakcji będzie potężny silnik na gaz drzewny, który został zdemontowany z młyna z Nowego Korczyna.

silnik na gaz drzewny

Mąż go remontuje i silnik będzie pracować. Jest to trzecie urządzenie tej wielkości w Polsce. Jego koło zamachowe ma 2 m średnicy i waży 2 tony. Cały silnik waży ponad 10.

wyremontowana Turbina Francisa ok. 1900 r

Drewniana dźwignia kierownicy do ręcznego przestawiania prędkości turbiny – kolejny uratowany element oryginalnego wyposażenia Młyna – niesamowite uczucie obsługiwać to urządzenie sprzed 130 lat

ostatnie prace przy turbinie

Na ostatnim poziomie jest miejsce, gdzie zachowane są urządzenia młyńskie. Ten poziom to powierzchnia 170 m plus podniesiony dach dwuspadowy – Tam byśmy chcieli wynajmować salę na niewielkie uroczystości rodzinne: imieniny, urodziny, komunie. Nie zależy nam na weseliskach, raczej na kameralnych imprezach – podkreśla Anna.

ostatnie piętro

poddasze

Dlatego też zostawili oryginalne młyńskie schody, bardzo strome i uzupełnione o te stare poręcze. To niekoniecznie wygoda dla potencjalnych weselnych gości. Ale priorytetem Ani i Pawła jest „to, co się da, zostawić, a to, co trzeba zmienić, ma jak najbardziej przypominać oryginał”. – Niczego nie marnujemy – twardo zaznacza Anna Mazur-Orłowska.

Poziom pierwszy to część z wygodniejszym dojściem. Ania i Paweł chcą tu stworzyć galerię z przedmiotami ze szkła, drewna i metalu. – Będziemy gromadzić rękodzieło, w tym wytworzone przez nas. Ale chcemy zaprosić też innych okolicznych artystów. Nasza przestrzeń może posłużyć okolicznym twórcom. Ich prace będzie można w naszym młynie obejrzeć i kupić.

Na poziomie drugim znajduje się prywatne mieszkanie Orłowskich. Jest już ono częściowo umeblowane. Docelowo będzie tam studio fotograficzne Anny oraz dalsza ekspozycja wyrobów ze szkła i metalu.

do przeprowadzki

mieszkanie

młyńska biblioteka

wiejskie klimaty

relaks na balkonie

R jak remont

– Młyn jest własnością prywatną, ale znajduje się w gminnej ewidencji zabytków (nie w rejestrze) – podkreśla Anna – Wszystkie zgody i warunki zabudowy przechodzą przez konserwatora. Ale nie mamy tutaj żadnych problemów czy utrudnień. Władze gminy są nam przychylne, ponieważ widzą, że nie mamy zamiaru niczego niszczyć.

Nie tylko nie chcą zniszczyć, ale wręcz chcą odtworzyć stan pierwotny młyna czyli ten z 1885 r. Dlatego nie ingerują w bryłę zewnętrzną. Za to wypracowali już murki i inne detale.

wyremontowane łuki nad oknami

Modrzewiowe okna zostały też wykonane we własnym zakresie – mają identyczny podział, jak te oryginalne. A dachówka, żeby była identyczna z pierwowzorem, została wytworzona na przedwojennej maszynie do robienia dachówek.

świeżo wyprodukowane dachówki Ta decyzja została podyktowana faktem, iż konstrukcja dachu nie utrzymałaby dużego obciążenia: współczesne dachówki, nie dość, że się nie podobały Orłowskim, to jeszcze byłyby zagrożeniem. Zastanawiali się nad kupieniem autentycznej, starej, ale ta, ledwo tknięta rozsypywała się w rękach. Więc Ania z Pawłem zakupili ok 5 ton cementu portlandzkiego i wyprodukowali swoją… – Pamiętam, że dla producenta tego cementu 5 ton to naprawdę mało (nawet nie mają takich małych samochodów dostawczych). Ale tak życzliwie zostaliśmy potraktowani, gdy opowiedzieliśmy o naszym młynie, że zdecydowali się nam go mimo wszystko dostarczyć –  tłumaczy Ania.

Anna i Paweł nie starali się o żadne dotacje. Renowacja młyna jest tylko i wyłącznie ich inwestycją. Odnawiają go po kawałku, stopniowo. – Mieliśmy raz wizytę ekipy budowlanej. Gdy podaliśmy, co trzeba zrobić, zapytali tylko, czy jest dotacja. Gdy odpowiedzieliśmy, że nie ma i nie planujemy, to podali nam taką cenę, że tylko wzruszyliśmy ramionami. Dlatego wszystko remontujemy sami posiłkując się pomocą okolicznych fachowców osób. Trwa to być może dłużej, ale tak jest lepiej – komentuje Ania Mazur-Orłowska

Wydawałoby się, że remont zabytku wymaga nadzoru eksperckiego.

– Nie, żadni eksperci. Wystarczy, że mój mąż jest wykształcony i uzdolniony technicznie i to on oceniał kolejność napraw – twardo zaznacza Anna – Wiedzieliśmy od razu, co trzeba zrobić „na już”. Zaczęliśmy od zewnątrz, żeby nie dopuścić do większych zniszczeń. Przed pierwszą zimą wymienialiśmy cegłę na ganku, bo groził zawaleniem. Potem wymieniliśmy okna i naprawiliśmy dach i dopiero wtedy weszliśmy do środka.

wymiana dachu

O skali remontu niech powie fakt, że od chwili, gdy go kupiliśmy, wymieniliśmy 6 tys. cegieł. Wbrew pozorom nie było to proste: Orłowscy szukali cegły, próbowaliśmy takiej z rozbiórki, ale nie nadawała się do niczego, co ich trochę przygnębiło, bo nie chcieli wstawiać w ubytki nowoczesnej.

– Zaczęliśmy więc intuicyjnie jeździć i szukać odpowiedniej w małych cegielniach. To był strzał w dziesiątkę! Po kilku próbach udało się znaleźć idealną. Idealną czyli małą, nierówną, o różnej barwie, nawet nieco osmoloną, dla większości budujących po prostu brzydką – śmieje się Anna Mazur-Orłowska – My byliśmy nią zachwyceni, bo wiemy, że za 2-3 lata będzie do złudzenia przypominać tę starą. Właściciele musieli też uporządkować

teren zewnętrzny: usunąć drzewa, bo zagrażały budynkowi (zostawili tylko te najgrubsze i najstarsze), musieli przywrócić staw, więc należało uzyskać pozwolenia wodno-prawne i wyremontować wszystkie potrzebne urządzenia.

Musieli też wymienić belki podłogowe na jednym piętrze, zanim można było się zająć remontem podłogi. No właśnie, podłogi.  – Podczas jednej z rozmów z byłem właścicielem usłyszeliśmy, że na dolnym poziomie podłogę stanowiły kamienie – wspomina Anna – Trudno było nam w to uwierzyć, bo deptaliśmy po miękkiej ziemi. Ale pan się upierał. Dziabnęliśmy łopatą od niechcenia – nie ma żadnych kamieni. Pan jednak obstawał przy swoim. I okazało się, że gdy zebraliśmy 60 cm ziemi – pokazały się. Po ich odsłonięciu, i wyczyszczeniu nie można ich było już tak idealnie dopasować, więc łączyliśmy je cegłą.

Po zadbaniu o wnętrze trzeba było też pomyśleć o zagospodarowaniu otoczenia.  – Zależało nam też na obudowaniu stawu, Jeździliśmy po okolicznych wsiach i pytaliśmy, czy ktoś nie ma na sprzedaż lub do oddania, a okazało się, że kamieni jest mnóstwo … na naszej działce. – opowiada Ania – Wystarczyło tylko raz ruszyć koparką, by je wydobyć i już można było układać na brzegu stawu.

staw

Inne takie młyny

Ania i Paweł nie czuli potrzeby, by kontaktować się z innymi tego typu obiektami w Polsce. – Objechaliśmy sobie tylko podobne młyny w świętokrzyskiem, w Małopolsce i na Podkarpaciu. Niewiele z nich nam się podobało. Niektóre z nich zostały zniszczone przez nowy tynk i plastikowe okna – komentuje Anna.

Mój kawałek nieba na ziemi

Mimo, że Młyn trzeba jeszcze wykończyć wewnątrz, a na zewnątrz należy zagospodarować zieleń – Ale nie tak od linijki  – zastrzega Anna – Ma się samo rozrastać, rozprzestrzeniać – To Orłowscy chcieliby się tu już przeprowadzić. Nie mogą się wprost już doczekać, kiedy przyjdzie wiosna i zjadą tu na stałe.  –  Zanim włączyliśmy w młynie ogrzewanie, musiałam siedzieć okutana w swetry, szaliki i koce. W domu pewnie rzucałabym cholerami ze złości, ale tu mi zimno nie przeszkadza. „Temu młynowi wybaczyłabyś wszystko” podsumowała kiedyś moja mama. I ma rację – uśmiecha się Anna. – Bo jak tu go nie kochać, gdy wstaję sobie raniutko, wołam psa i idziemy sobie pospacerować nad wodą…

odremontowane murki

Zapraszam do polubienia funpage Młyn Jędrów.  https://www.facebook.com/mlynjedrow/

Komentarze:

  • Witam

    Koszty remontu musiały być ogromne. Nawet jeśli samemu się dużo zrobiło.

    Robert 23 stycznia 2017 o 11:03 Odpowiedz
    • I co z tego,jeśli były:)? Wszystko co dobre kosztuje. Jeśli są tam szczęśliwi-a nie wyjmowali nic nikomu z kieszeni-nikomu nic do tego. Pięknie,powodzenia, tak trzymać:)

      mela 24 stycznia 2017 o 11:45 Odpowiedz
  • Raczej filantropia jak inwestycja.

    Magda 23 stycznia 2017 o 12:32 Odpowiedz
  • Bardzo dziękuję za przywrócenie tego cudownego obiektu do życia i przywracanie mu dawnej świetności. Droga obok Państwa domu jest moją ulubioną trasą spacerową. Nabrała teraz uroku. A i spacerujących w tej okolicy chyba więcej się pojawia. Młyn czarował wyobraźnię nawet kiedy marniał nieużytkowany. Teraz jest perełką świadczącą o guście i mądrości właścicieli. Pozdrawiam serdecznie, Małgorzata

    Małgorzata 24 stycznia 2017 o 07:09 Odpowiedz
    • Dziękujemy i pozdrawiamy. Anka i Paweł

      Anka 29 stycznia 2017 o 18:53 Odpowiedz
  • Wspaniale wykonana praca! Widać, że włożyliście w remont kawał serca, efekt na pewno wynagrodził wszystkie trudy. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

    Anastazja 27 stycznia 2017 o 13:34 Odpowiedz
    • Dziękujemy i pozdrawiamy. Anka i Paweł

      Anka 29 stycznia 2017 o 18:53 Odpowiedz
  • Wielką radość sprawiła mi Państwa opowieść i zdjęcia, bo dzięki nim dowiedziałam się, że młyn, który stał się wiele lat temu inspiracją dla moich prac malarskich i literackich ma się dobrze i coraz lepiej. Kilkanaście lat temu, już sama nie pamiętam w jakich okolicznościach, odkryłam to miejsce i przyjeżdżałam z Radomia w odwiedziny taszcząc płótna i farby. Do dziś mam w piwnicy schowany na pamiątkę swój olejny obraz – widok młyna. Mijając stację Berezów (o ile dobrze pamiętam nazwę) na kolejowej trasie między studiami w Krakowie, a domem rodzinnym w Radomiu zawsze pamiętałam o młynie i stałam w oknie, próbując wyłapać między drzewami migające czerwone cegły. Zmieniłam potem miejsca bywania, ale młyn w pamięci pozostał i odżył w powieści, którą w zeszłym roku wydano. W takim właśnie miejscu mieszkają dziadkowie głównego bohatera i choć nigdy nie byłam w środku w jednej ze scen starałam się wyobrazić i opisać wnętrza. To miejsce ma naprawdę magiczną atmosferę i przyciągnęło właściwych, magicznych ludzi, by nadal istnieć. Pozdrawiam ciepło. Anna Litwinek, autorka powieści „Czarownica”.

    Anna 28 stycznia 2017 o 22:23 Odpowiedz
  • Przepiękne miejsce, od razu widać, że całość odtwarzana jest z pomysłem i gustem. A akcja z tworzoną samodzielnie dachówką mnie urzekła. Mnie też się marzy kiedyś w podobnym miejscu zamieszkać. Jeśli się uda, już wiem, u kogo poradzić się i przedyskutować „dobre pomysły” ( ;
    Kiedy już ruszy galeria i miejsce otworzy się na oścież dla zwiedzających – męża choćby za uszy tam wyciągnę ( ;

    Nika 21 czerwca 2017 o 20:19 Odpowiedz