Jego najsłynniejszy klient to… Adolf Hitler

Kategorie:
03
Sierpień 2016

Po przebudzeniu w sobotę Kamil przeczuwał że będzie dziś coś się działo ponieważ od 7:00 rano  słyszał jak hałasuje w kuchni a zapach świeżo upieczonego sernika zwabił go na dół (sernik tak w nawiasie to moje sztandarowe ciasto). W kuchni podczas śniadania  zaprezentowałam Kamilowi harmonogram dnia czyli wizyta u Marka w pracowni. Mieliśmy kawal drogi do pokonania 1,5 h metrem z jednego końca Londynu na drugi, ale dla takich osób warto to zrobić. Jest czym się chwalić 🙂

Szycie to jego życie

Gdyby nie niechęć do dojazdów do szkoły, nie zostałby krawcem. Gdyby nie strach przed wojskiem, nie trafiłby do Anglii. Gdyby nie pasja, nie szyłby dla księcia Karola, Jamesa Bonda i … Hitlera. Marek Tadeusz Markowski – mistrz krawiecki z 37-letnim stażem.

Jeśli chce się spotkać w Londynie biznesmena, polityka, artystę czy celebrytę, dobrym pomysłem jest upolować go na Savile Road. W końcu kiedyś musi przyjść do przymiarki garnituru. I to niezależnie od tego czy nosi marynarki drukowane w Sponge Boba (pracownia Andrew Jamesa) czy gustuje w garniturach z materiałów tkanych w jednej z najstarszych brytyjskich przędzalni na wyspie Islay w Szkocji, która działa od 1550 r. (atelier Huntsmana).

Co łączy Napoleona i Beckhama?

Savile Road to londyńskie centrum krawiectwa. Pierwsza pracownia powstała w 1803 r. To tu rozwijał się styl stworzony przez Beau Brummel’a, którego uważa się za twórcę współczesnego garnituru. W 1846 otworzył tu swoją pracownię Henry Poole, któremu przypisywane jest stworzenie smokingu i który szył dla rodziny królewskiej, Napoleona III, Charlesa Dickensa i Winstona Churchilla.

Dysponując 3 czy 4 tysiącami funtów, spokojnie możemy zamówić sobie szyty na miarę garnitur. Np. u Gives’a and Hawkesa, które to firmy już od końca XVIII w słynęły z tego, że szyły dla brytyjskiej armii. To właśnie na Savile Road ubierali się Gregory Peck, Fred Astaire, Charlie Chaplin czy Michael Jackson. To tu zamawiają stroje David Beckham, Tom Cruise, Hugh Grant i Elton John. Do przymiarki na Savile Road 14, do Hardy’ego Amiesa, przychodziła nawet sama Elżbieta II, choć zwykle preferowała domowe spotkania. W czasie trwającego czasem i 3 godziny spotkania z mistrzem sztuki krawieckiej można popodziwiać kolekcje jelenich poroży (Huntsman), posiedzieć przy barze (Stowers) czy obejrzeć dworskie liberie oraz ozdobne szable (Poole&Co), a także zapytać, co to jest „daks tops” (Kilgour) i jak się szyło stroje do filmu „2001: Odyseja Kosmiczna” (Amies). Nic więc dziwnego, że Marek Tadeusz Markowski w swoim serwisie internetowym pracę z największymi projektantami i krawcami Londynu uznał za najwyższą rekomendację swojego kunsztu: „I have spent many years working for the leading houses on Savile Row. Via the exchange of skills and knowledge with other tailors and cutters in the business, I have developed a personal style that is based on balance and harmony.”
Nie chciało mi się

Gdyby 15-letni Marek nie był tak bardzo związany z domem i rodziną, pewnie dziś byłby … jubilerem w Elblągu. Ale po skończeniu podstawówki nie chciało mu się uczyć w oddalonym o 60 km Gdańsku. A tylko tam mógł poznać tajniki zawodu złotnika. Został więc w rodzinnym mieście. Skończył szkołę zawodową, następnie technikum wieczorowe i rozpoczął pierwszą pracę w pracowni krawieckiej. – Czy jeśli zrobię to tak i tak, to to zadziała? – pytał 19-letni Marek mistrza Witolda Zakrzewskiego konstruując wykroje. A mistrz pozwalał mu samodzielnie znajdować najlepsze rozwiązania. – W krawiectwie wszystko jest logiczne i praktyczne, łatwe do przewidzenia. Szerokość kieszeni nie może być węższa od szerokości dłoni, tak na „zdrowy rozum”, prawda? I to mi odpowiada. Dlatego szybko nauczyłem się szyć. Najpierw spodnie, potem kamizelki i marynarki. I poczułem, że to jest to, co mnie fascynuje – wspomina Marek. W niedługim czasie otworzył swoje atelier i błyskawicznie zyskał zadowolonych klientów. Za pasją przyszły też pieniądze. Wymarzony start! Jedyną chmurką na horyzoncie był fakt, że lada chwila mógł dostać powołanie do wojska. Postanowił więc tę przykrą chwilę odroczyć. – Miałem wujka w Bristolu, który po służbie w armii Andersa został już w Anglii i postanowiłem go odwiedzić. Planowałem pozwiedzać kraj i wrócić – opowiada. 21-latek nie przypuszczał ani przez sekundę, że po 3 dniach podróży na pokładzie MS Batory stawiając stopę na brytyjskiej ziemi nie będzie mógł wrócić do kraju przez najbliższe 3 miesiące. Była jesień 1981. Dwanaście tygodni przed ogłoszeniem stanu wojennego.

Markowski Bespoke

Marek musiał więc zostać na obczyźnie. Ale nawet w Anglii nie zamierzał rozstawać się z zawodem. Po 4 latach pobytu w Wielkiej Brytanii miał swoje atelier w Reigate, w Surrey. Miał tam wielu dobrych klientów. Co znaczy „dobrych”? – Takich, którzy zamawiali rocznie 10 garniturów na miarę. Koszt jednego to 1500-2000 funtów. Wśród klientów był m.in. Andrew Previn, drugi mąż Mii Farrow.

Aby się doskonalić, podjął naukę w prestiżowym London College of Fashion, którą to uczelnię ukończył w 1989 r. Mimo, że z jej progów wyszli sławni projektanci, jak Sophie Cull-Candy, Domingo Rodriguez czy Jimmy Choo, Marek podkreśla, że nigdy nie chciał być sławnym fashion designerem i pławić się w blasku reflektorów. – Mnie fascynuje rzemiosło – podkreśla.

Z tak rzetelnym przygotowaniem mógł spokojnie prowadzić swoją pracownię, ale także szyć dla najbardziej prestiżowych projektantów i dla najbardziej wymagających klientów. Marek pracował dla Michaela Fisha, znanego projektanta, „wynalazcy” kiper tie czyli bardzo szerokiego wzorzystego krawata. Fish był ikoną mody, który projektował dla m.in. Petera Sellersa, Lorda Snowdena, The Rolling Stones i Davida Bowie.

Były uczeń mistrza Zakrzewskiego z Grójca, dzięki temu, że współpracował z Malcolmem Plews’em, szył także dla księcia Karola, choć nie miał okazji z nim rozmawiać. – Tu, niestety, obowiązuje twarde prawo. Bezpośredni dostęp do księcia mają tylko Anglicy – tłumaczy.

Hitler nie był kurduplem

Miał 174 cm wzrostu. Marek to wie, bo szył jego mundur. No, nie wodzowi III Rzeszy, tylko jego woskowej figurze, ale wzorowanej na prawdziwych wymiarach. Mundur można podziwiać w Berlinie, w Muzeum Madame Tussaud.

Szył też garnitury dla osławionego agenta 007 – Jamesa Bonda. Zna wymiary jego odtwórców. Sean Connery był tęższy od Rogera Moore’a. Marek dokładnie wie, o ile cali. Dość często współpracuje z ekipami filmowymi. – W Mission Impossible Tom Cruise nosi „mój” garnitur. Szyłem też dla innych aktorów, którzy mają Oscary na swoim koncie – wymienia. Bohaterowie popularnego „The Man from U.N.C.L.E” również noszą stroje, które wyszły spod ręki polskiego krawca.

Ale nie tylko współpraca ze światem filmu dostarcza atrakcyjnych przeżyć. Biorąc miarę i rozmawiając z klientem rzemieślnik, chcąc nie chcąc, poznaje szczegóły dotyczące jego życia. Stąd wie, że skrzypek Charile Siem zamówi zawsze 3 takie same garnitury: jeden zostanie w Londynie, drugi będzie w Paryżu, a trzeci poleci do Nowego Yorku.

– Szyłem też dla klienta, który jedwabne garnitury o wartości 4000 funtów po zdjęciu z siebie … wrzucał w ogień. Traktował je jak odzież jednorazową. Stąd duże zapotrzebowanie na stroje. Był to książę Brunei, który chciał mieć pewność, że nikt nigdy nie będzie nosił jego garniturów – opowiada Marek Markowski.

Uczyć się od mistrza

– Tak niesamowita precyzja w konstrukcji i szyciu, to prawdziwa sztuka – skomentowała działania Marka Markowskiego Joanna Kamińska, absolwentka Katedry Ubioru łódzkiej ASP – Rzadko można spotkać tak wybitnych krawców.

Nie tylko ona jest takiego zdania. Marka chwalą rzesze zachwyconych studentów. Choć sam mistrz nie wierzył we własne siły w roli wykładowcy i mentora. – Gdy 7 lata temu znajomy poprosił mnie bym poprowadził kursy dokształcające dla Newham College, byłem ogromnie zaskoczony i trochę wystraszony. Jak to? Ja mam przekazywać wiedzę? – wspomina Marek.

Ale gdy po pierwszych zajęciach dostał rzęsiste brawa, uznał, że chyba poszło nie najgorzej.

Wielu jego studentów pochodzi z bogatych domów. Stać ich, by przylecieć do Londynu na naukę nie tylko z Francji, ale nawet z Hong-Kongu.

Ale Marek najbardziej pamięta studentkę z Holandii. Niki weszła do pracowni przy Wallis Road i powiedziała, że może zostać najwyżej 3 miesiące. Bo tak sobie wyliczyła: 10 funtów dziennie może wydać na mieszkanie, a 7 na jedzenie. – Znalazłem jej nocleg u znajomej, a nawet specjalnie kupiłem materac. Bardzo się zżyliśmy. Gdy wyjeżdżała, oboje mieliśmy łzy w oczach – wspomina mistrz krawiecki – Na pożegnanie poznała mnie z Wojtkiem Dziedzicem, światowej sławy projektantem, który działa w teatrach międzynarodowych, m.in. na Broadwayu w USA i w Madrycie. Dzięki niemu zacząłem wykładać również w Polsce.

Dziś Niki jest zwracającą uwagę, choć dopiero początkującą osobą w świecie mody.

Kiedyś Marek przylatywał do Polski raz-dwa razy do roku, czasem rzadziej. Dziś, jako wykładowca, jest w ojczyźnie nawet kilka razy w miesiącu, ponieważ szkoli kolejne grupy studentów, m.in. w poznańskiej School of Form.

Dzień z życia

Listopadowy czwartek, 18:40 przy Wallis Road 80. Do pokoju Marka wydzielonego szklanymi ścianami z open space wchodzi nieśmiało 20-letnia stażystka, Alisha. Przez chwilę referuje mu, co zrobiła w ciągu dnia. Marek ściska ją na pożegnanie i dziękuje za zaangażowanie.

Na Hackney Wick Marek zwykle pracuje od 8-9 rano do 19:00, a czasem nawet do 21:00. Tu się koncentruje jego życie. Ma też niewielką pracownię na Mayfair i bywa tam czasami. Niekiedy musi też pojechać do Warner Bros, by zdjąć miarę komuś z ekipy filmowej. Dziś już sam fizycznie nie pracuje tak wiele. Jego zajęcie to zarządzanie działaniami innych. Zatrudnia kilkanaście osób, ale drugie tyle zwykle przebywa w jego pracowni, by pomóc, podpatrzeć, zapytać i zrozumieć. Przez jego atelier przewinęło się już kilkadziesiąt takich stażystów i praktykantek.

Dla podkreślenia faktu, że jest krawcem, a nie projektantem celowo odwrócił nawet kolejność pomieszczeń w swoim atelier. Przechodzący Wallis Road widzi najpierw pracownię: maszyny, stoły, manekiny, wzorniki, wykroje, próbki a dopiero w głębi atelier jest pomieszczenie do rozmowy z gośćmi i przymiarek, tzw. show room.

– Chcę, żeby moi pracownicy byli bliżej życia. Tego, co się dzieje za oknem. A jednocześnie, żeby przechodnie widzieli, że tu się pracuje pełną parą. Dzięki temu też ściągam klientów. Ostatnio z prośbą o skrócenie spódnicy zgłosiła się do nas szefowa Transport for London, bo spojrzała przez okno i zdecydowała się wejść – podkreśla – Zadowolona z usługi zamówiła potem suknię.

Szyję dla ubogich

Marek uwielbia szyć dla kobiet, bo są niecierpliwe i trzeba szybko zaspokoić ich potrzebę posiadania nowej rzeczy. Widzi, jak chętnie kupują gotową odzież, którą po kilku założeniach rzucają na dno szafy. – Więc trzeba jej dostarczyć wymarzony strój, zanim się jej „odwidzi” i przestanie podobać. Z mężczyznami jest inaczej, czasem od przymiarki do odbioru produktu mija 2 lata – śmieje się krawiec.

Na czym właściwie polega tajemnica szytej na miarę odzieży? – Siła tkwi w detalach. Nawet centymetr robi różnicę np. w długości spódnicy: może zasłonić niedoskonałości i podkreślić piękno. A kolor sznureczka, który służy do wykończenia kołnierza smokingu musi mieć odpowiedni odcień, więc Marek samodzielnie go farbuje. Wszystko musi być dobrane i zaplanowane od samego początku: wzór podszewki, kształt guzików, liczba kieszeni, szerokość klap.

– Tu nie ma czasu na zastanawianie się i zmiany w trakcie. Ja szyję dla ubogich w czas – tłumaczy Marek – Bo jeśli ktoś zajmuje się biznesem, lata z kontynentu na kontynent, to nie ma kiedy szukać w w Harrodsie gotowych strojów. A my mamy jego wymiary. Wystarczy jeden telefon: „Słuchajcie, za dwa tygodnie lecę do Indii na wesele, potrzebuję biały garnitur”. I garnitur czeka. A klient ma pewność, że będzie leżał jak ulał – tłumaczy rzemieślnik.

Jak się ubierać?

Strój ma korygować wady sylwetki: dodać wzrostu, wyszczuplić, nadać proporcje. Ukryć niesymetrycznie umięśnione ramiona skrzypka (prawe ramię szersze) czy zatuszować 66 calowy (170 cm) obwód pasa kolegi chorego na słoniowaciznę albo pozwolić w sposób niezauważalny nosić broń. Dobrze skrojony garnitur jest dla mężczyzny na wagę złota. Ale nie wszyscy o to dbają. Jednak Marek stanowczo odmawia wyrażania opinii na temat stylu ubierania się znanych osobistości.

– Tak, wiem, są eksperci, blogerzy i styliści, którzy lubią komentować i krytykować, co dana osoba akurat ma na sobie, od długości przez kolor po zasadność obecności poszetki. Z jakiej racji? Każdy może nosić to, co chce. Za to Marek ceni Londyn – Tutaj nikogo nie obchodzi, w co jesteś ubrany – podkreśla. Tutaj nie istnieją sezonowe zalecenia: obowiązkowa czerwień czy długość do kolan. Tutaj nawet zbiegającemu w piżamie do sklepu po bułki nikt się specjalnie nie przygląda.

– Oczywiście, mam skrzywienie zawodowe i oglądając telewizję widzę, gdy marynarka jest za krótka albo źle dopasowana – przyznaje Markowski – Strój powinien dodawać gracji i wdzięku, a nie blokować ruchy.

Wychodząc do klienta Marek obowiązkowo zakłada garnitur. Ale kocha też dżinsy. Ma jedną brytyjską markę, która ceni za jakość tkanin i wygodny krój, więc kupuje gotowe. Jednak reszta strojów wychodzi z jego pracowni. Koszule muszą mieć lekko podniesiony kołnierzyk, zawsze rozpięty, a ich guziki mają być niewidoczne, ukryte pod listwą. Zamiast marynarki może być też blezer, taki z herbem rodowym Bończa, który Marek bardzo lubi.

Twor(ż)yć z pasją

Dla osoby działającej z pasją praca nie kończy się nawet po zamknięciu drzwi atelier. Zawsze jest coś do zrobienia czy przemyślenia.

Na szczęście jego partnerka, Monika, też jest z branży i rozumie pasję Marka. Jedno z pomieszczeń przy Wallis Road to pracownia kapelusznicza – na blatach ustawione głowy manekinów, na których widać rozpoczęte prace – filcowe ronda i główki. Na ścianach zdjęcia celebrytów i arystokratów w kapeluszach. Na jednym z nich Camilla Parker-Bowles w błękitnym toczku z woalką – dziele Moniki. Nietrudno się domyślić, że Monika pracuje dla Philipe’a Treacy, projektanta najbardziej pożądanych na świecie nakryć głowy. To właśnie dzięki niemu goście z Ascot mogą mieć kapelusz w kształcie drzewka Bonsai, japońskiego domku czy … rękawiczki Michaela Jacksona.

Płaszczyk dla Burka?

Nie tylko suknie i garnitury. Nie tylko dla koronowanych głów. Marek uwielbia wyzwania. Im trudniej tym lepiej. Ostatnio zaczął projektować odzież dla … psów i tekstylne oraz skórzane legowiska dla kotów. – Pracuję na Hackney, w dzielnicy artystów, ekscentryków i osobliwości. Jeden ze znajomych, który konstruuje drapaki dla kotów, poprosił mnie o stworzenie prototypu płaszcza dla psa. Takiego, w którym będzie kieszonka na ciasteczko, które psiak dostanie podczas spaceru. Albo takiego, który wygląda dokładnie jak płaszcz przeciwdeszczowy jego opiekunki. To dla mnie prawdziwa zabawa. Dlatego nawet stworzyłem sobie nową markę – Peculiar Atelier. To będą nietypowe, czasem wręcz dziwaczne, jak nazwa wskazuje, projekty.

To nie koniec planów na przyszłość. Od grudnia, niedaleko Wallis Road, Marek otworzy nową pracownię w małym centrum handlowym zaprojektowanym przez sześcioro artystów. – Zamysł jest taki, że klient siedząc w kawiarni i gawędząc z przyjaciółmi może jednocześnie obserwować na ekranie, jak powstaje w pracowni jego odzież. Będzie widzieć w powiększeniu nawet maszynowy ścieg.

Niedawno Marek został wyłącznym wykonawcą kolejnej kolekcji Mr Fish i wyłącznym przedstawicielem na Polskę dla marki Anthony Sincerly. Szyć nie umierać!

Marek jest  również cenionym wykładowcą dlatego uczelnie kształcące przyszłych projektantów mody chętnie zapraszają go na wykłady na całym świecie. Jak się okazuje nie jest tak wiele  osób które znają ten fach od podszewki tak jak on. Marek  jeśli tylko ma taką możliwości i dysponuje potrzebnym czasem, chętnie gości studentów i cierpliwie wyjaśnia zasady krawiectwa. Projektanci mody również proszą o pomoc w uszyciu marynarek, niestety nie mogę podawać ich nazw, ale są to topowe marki. Nie mogło również zabraknąć przygody z filmem, niedawno wykonywał płaszcze i marynarki do filmu z wytwórni Warner Bros który ukaże się w 2017 roku.

Screen Shot 2016-08-03 at 18.16.32

Tak więc jeśli chcielibyście uszyty na miarę garnitur lub koszulę, jest tylko jedno miejsce w Londynie.

13936551_1082126211854306_1573064809_n

Żart krawiecki :

Gdy zapytasz krawca – jak się czuje ? odpowie – „w miarę”

 

I na zakończenie krótka relacja ze snapchata 🙂

 

 

Komentarze:

  • Świetna sprawa, życzę Markowi wielu sukcesów 🙂

    Łukasz 4 sierpnia 2016 o 08:19 Odpowiedz
  • Ale ciekawostka. Nigdy nie pomyślałam o tym, że ktoś przecież szyje te stroje. a Tu taka niespodzianka, że jeszcze Polak. Nic tylko gratulować 🙂

    Kasia 8 sierpnia 2016 o 13:49 Odpowiedz
  • Fajny artykuł, człowiek z dnia na dzień się dowiaduje wielu ciekawych rzeczy ale o tym jeszcze nie slyszałem 🙂 Dzięki 🙂

    Komserwis 12 sierpnia 2016 o 11:16 Odpowiedz
  • Historia pierwsza klasa! Ja jestem zawsze bardzo dumna z naszych rodaków odnoszących sukcesy. Well done Marek! Wabicielka sernikowa 😉 Pozdrawiam ciepło, Daria x

    Daria | bezgrzesznarozpusta.pl 24 sierpnia 2016 o 15:19 Odpowiedz
  • Interesujaca historia!

    Bart 14 grudnia 2016 o 14:31 Odpowiedz