Klucze za 10,000 tyś. funtów ?

Kategorie:
11
Czerwiec 2014

Praca na etacie trzyma nas w garści, kiedy nie mamy solidnych fundamentów pod sobą”  tak skomentował tą historie którą przeczytacie poniżej jej bohater Tomek z Cambridge.

W ostatnią niedziele byliśmy odwiedzić Cambridge, Jula i ja przyjechaliśmy na zaproszenie Ani by przeprowadzić kameralną prezentacje. Jednym z uczestników spotkania był Tomek, którego mieliśmy okazję poznać już wcześniej w Londynie. Cała historia tej znajomości jest dość nietypowa ale o tym to musi kiedyś napisać Jula:). Tomek opowiedział nam bardzo ciekawą historię o tym jak zginęły mu klucze za które musiał słono zapłacić. Na wstępie jak to zazwyczaj bywa przestawialiśmy się i mówiliśmy krótko o sobie, Tomek powiedział że dąży do wolności finansowej dlatego m.in że gdyby przytrafiło mu się coś podobnego mógłby zrezygnować z pracy bez większych konsekwencji. Tomek już w lipcu jedzie do polski szukać swojej pierwszej nieruchomości.

A wiec cała historia przedstawia się następująco, oddajemy głos Tomkowi:)

Na co dzień mieszkam i pracuje w Cambridge. W jednym z prywatnych collage należę do operations group i jestem tam maintenance ( człowiekiem który zajmuje się utrzymaniem w dobrej kondycji domków, akademików i innych budynków szkoły).Moja prawdziwa przygoda z życiem w Cambridge zaczęła się na początku  października 2013 roku kiedy to dostałem do podpisania umowę o prace na czas nie określony. Szybko poznałem miasto. Bardzo mi się podobała moja nowa praca i starałem się żeby robić jak najlepsze wrażenie każdego dnia.

Schody zaczęły się kiedy podczas jednego z moich pracujących weekendów zostałem okradziony.

Jak co rano podczas pracującego weekendu przyszedłem do biura zrobiłem sobie kawę i usiadłem przed komputerem. Przeglądałem jakie prace mnie dzisiaj czekają, a że była to niedziela skupiłem się na tych najważniejszych. Wydrukowałem kilka  emaili spakowałem klucze do budynków w metalową czerwoną skrzynkę i ruszyłem w miasto. Odwiedziłem wszystkie zaplanowane wcześniej domki i akademiki studenckie. Około południa wróciłem na collage żeby  zjeść lunch. W samochodzie na prywatnym parkingu college zostawiłem telefon, plecak ,portfel i skrzynkę z kluczami zamykając samochód. Kiedy wróciłem po 30 min żeby odnieść klucze do biura byłem w szoku. Samochód był otwarty z jednej strony a kluczy nie było. Nie zginęło nic poza kluczami a obok kluczy na siedzeniu leżał również portfel i telefon .W metalowej skrzynce miałem 5 kluczy. Dwa z nich otwierały 50 zamków w akademiku każdy ,3 inne po 9 zamków w domkach studenckich.

Byłem wręcz przekonany że zamknąłem samochód wiec zacząłem  dzwonić do swoich kolegów z maintenanca myśląc ze to głupi żart. Na koniec zadzwoniłem do supervisora ,który jedynie kazał mi szukać kluczy w okolicy parkingu. Trochę się porozglądałem ale nic wielkiego nie zobaczyłem. Odwiedziłem w ciągu godziny wszystkich moich kolegów w ich domach, żeby upewnić  się ze to nie żart. Jeden z nich zgodził mi się pomóc poszukać  skrzynki z kluczami. Chodziliśmy i pytaliśmy wszędzie, zajrzeliśmy do każdego kosza na śmieci jednak bez skutku. Następną część popołudnia spędziliśmy na kupowaniu i wymianie zamków do frontowych drzwi oraz na komendzie policji zgłaszając kradzież.

Na koniec dnia musiałem powiadomić o całym zajściu mojego szefa, który na weekendach przebywa poza miastem. Kiedy zadzwoniłem do niego w niedziele wieczorem strasznie się wściekł. Kazał mi do skutku szukać kluczy ,bo wymiana zamków to koszt 10tys funtów.  Słysząc to załamałem się.

Następnego dnia miałem mieć wolny dzień, zostałem jednak wezwany na spotkanie z szefem ok. godziny 10:00. Przełożony od rana załatwiał sprawę z kradzieżą kluczy tłumacząc się u samego głównego dyrektora. Tego dnia po powrocie z miasta na collage  nie chciał już ze mną rozmawiać i przełożył spotkanie na następny dzień odsyłając mnie do domu.

Do domu wracałem pieszo wzdłuż rzeki i myślałem co dalej. W nerwach i stresie postanowiłem ze nie zapłacę za klucze ,które ktoś jawnie mi ukradł. Zadzwoniłem do mojego dobrego znajomego w innej części Anglii opowiadając mu o zdarzeniu. Od razu zaproponował mi pokój w swoim mieście i pomoc w znalezieniu pracy i przeprowadzce miałem wiec plan . Nie mogłem zostać w obecnym domu ,gdyż jest to służbowe mieszkanie z collage .

Następnego dnia spotkałem się z szefem był już dużo spokojniejszy. Na wstępie zapytał mnie czy kupiłem już bilet do polski co trochę mnie zdenerwowało.  Przeprowadzono ze mną przesłuchanie i powiedziano mi, że zechcą to wyjaśnić a póki co mogę wrócić do pracy.

Całe Operation mówiło tylko o tym. Niektórym było szkoda że mogę odejść inni nie wypowiadali się na ten temat. Znajomi doradzali mi żeby wyjechać i nie płacić inni przedstawiając zalety firmy namawiali do zostania i uregulowania długu.

Całe to zamieszanie trwało tydzień. W końcu wezwano mnie na ostatnie już spotkanie w tej sprawie z konkretnymi propozycjami. Łączny koszt wymiany zamków wyniósł ponad  7,000 tys  funtów.

Zapytano mnie o moja prace i opinie na temat firmy. Wyraziłem się pozytywnie, gdyż bardzo polubiłem to co robie. Szef zaproponował mi ze mogę się zwolnić nie otrzymując ostatniej wypłaty albo zapłacić 4500 funtów rozłożone na raty. Resztę kosztów pokryje firma. Znając świetne warunki jakie tutaj dostałem na poczatku współpracy i atmosfere w firmie postanowiłem zostać.

Nadal pracuje w tym samym collage i staram się wykonywać swoja prace jak najlepiej. Temat skradzionych kluczy powoli ucicha. Tylko moja wypłata jest co miesiąc obciążana zadłużeniem którego nie powinno być. A ludzie którzy maja czas na plotki mówią, ze ktoś ukradł te klucze specjalnie . Ja sam nie wnikam w ich spekulacje i sumiennie płace każdą następną ratę reszte pieniędzy odkładam na moje przyszłe plany.

Nie rozumiem jednak czasem dlaczego przy uczciwej pracy życie rzuca nam takie kłody pod nogi. Traktuje to jednak jako następną lekcje życie i staram się dalej iść przez życie z uśmiechem na twarzy.

 

Czarek, Jula i Tomek (dzięki chłopaki za wszystko za krótkie zwiedzanie, śniadanie na uczelnianej stołówce, przez co mieliśmy namiastkę tego  jak to jest być studentem na Cambridge:)

1781866_653081751451599_1147878302080999447_n 

„miejscowi” pokazują że jesteśmy tutaj a mi się wydaje że tutaj:)

10414648_653081744784933_2838154802380671504_n

 

 

Komentarze:

  • Wow, co za historia Tomku! Po czyms takim moze byc juz tylko lepiej ;>

    Wielu z nas pewnie mogloby opowiedziec podobne. Emigracja to szkola zycia takze jestem pewien ze wykorzystasz to odpowiednio do tego zeby osiagac wiekie rzeczy zgodnie z zasada im ciezsza lekcja od zycia tym wiejsz madrosc mozemy z niej wyciagnac.

    Pozdrawiam

    TedMock (kolega z pierwszego rzedu z lewej na szkoleniu AndrzejaB 😉

    TedMock 12 czerwca 2014 o 19:05 Odpowiedz
  • nie jest to na szczęście koniec świata i pieniądze zawsze można zarobić – odrobić, ale szkoda przede wszystkim nerwów.
    Wygląda, że ktoś dokladnie wiedizał co chce zabrać z samochodu.
    Mam nadzieję, że to niepowodzenie uda się przekuć w coś sensownego w przyszłości i „uczciwa praca” się zwróci.

    Do skomentowania zachęcił mnie fakt, żę miałem okazje też mieszkać w Cambridge przez miesiąc na Robinson Collage.
    … i niestety miałem okazje widzieć jakość pracy obsługi kampusu –
    niestety chyba niektóre rodzaje zawodów przyciągaja te same grupy ludzi nie ważne, czy to Cambridge czy UJ lub AGH.

    pozdrawiam z Krakowa
    Janek

    Janek 12 czerwca 2014 o 19:34 Odpowiedz
  • Witam,bardzo ciekawa historia,mieszkam tez na emigracji i musze dzien w dzien zmagac sie w pracy z nietuzinkowymi cwaniakami,i powiem ze czesto uczciwosc nie poplaca, ale co zrobic jak czlowiek nauczony uczcowosci,jedyny plus tego wszystkiego ze klimat cieply i duuuzo slonca. Pozdrawiam.

    Pawel 6 marca 2015 o 02:16 Odpowiedz